PERYSKOP


Siermiężnie kapitalistycznie..

Michał Mirski, opublikowane w dziale Przemyślenia, 16.08.2008

Jakos tak przypadkiem udalo mi sie na 4 tygodnie wyjechac do Moskwy – i zdecydowalem sie niejako “na zywo” spisywac troche moich tego miasta – i kraju ogolnie – dotyczacych przemyslen, tym bardziej podczas wojny w Gruzji – ale o tym bedzie poznije, wiec zaczynamy..

No to napisze dzis troche wiecej, jako ze polowa pobytu – czyli juz za nami 2 tygodnie, na szczesnie jeszcze tez 2 przed nami.

Wiec jaka Moskwa jest? Monumentalna. Wielka, pewna siebie, nietania – lub bardziej realistycznie – okropnie droga. Ale wciaz, jak przed laty, skrzyzowanie wielu kultur, drog, pulsujaca zyciem metropolia. Sam przyjazd, na jedno z trzech olbrzymich lotnisk polozonych wokol – z usmiechem lekko ironicznym mozna tu spojrzec na starania Berlina, by kosztem istniejacych zbudowac na granicy miasta Schönefeld – ukazuje te megalomanie. Tutaj lotniska sa wieksze, autostrady szersze, pociagi znacznie bardziej przestrzenne. Wielkie, niby nowe, a dalej siermiezne. I to pierwsza konkluzja: tutaj wszystko jest olbrzymie, ale tez zarazem siermiezne. I tak to miasto dziala. Ale o tym dalej wiecej, i glebiej.. Lotnisko, biurokracja, kolejka do pan urzedniczek stemplujacych wizy, siedzacych w okolo 20-30 okienkach, z ktorych wiekszosc, jednak bez zrozumialych powodow i jakiejkolwiek regularnosci, zostaje co kilka chwil otwierana czy tez zamykana (na co kolejka reaguje spokojnym, wolnym spokojnym przemieszczaniem sie do nowego okienka – czyzby i to przyzwyzajenie bylych obywateli radzieckiego zwiazku?), Z lotbiksa przejscie na pociag aeroexpress, w okolo 40 minut przewozacy do na dworzec Pawelecki, czyli na pierscienna linie metra, niby piekny, nowy bialy – ale tez i krzywy, glosny, pelny ludzi z bagazem, w znaczacej czesci Rosjan i Rosjanek, odrozniajacych sie juz tu od przybyszow z zachodu – potwierdzajac streotypy: wysokie, szczuple, umalowane (choc juz nie koniecznie na rozowo), z odslonietym brzuchem, w obcislych, niekiedy bardzo kolorowych, sukienkach i koszulkach, bardzo czesto – mimo deszczu – podczas gdy podrozni z torbami z zachodu raczej w dzinsach, trampkach, bluzach szerokich, wygodnych, acz tym samym duzo mniej oko kuszacych – i obowiazkowa druzyna konduktorska, rowniez umalowana, w mundurach, wykrochmalonych koszulach, pod kant wyprasowanych spodniach i z pieknym usmiechem. Ale to jeszcze nie Moskwa, to jeszcze nie Rosja, to dopiero poczatek drogi, ktora juz naprawde zaczyna sie po wyjsciu na dworzec Pawelecki – krzywy, ale olbrzymi, z olbrzymia iloscia podroznych, toreb, waliz, malych kioskow ze wszystkim, stoisk z lodami, piwem, kwasem, rzeczami niekiedy potrzebnymi bardziej i potrzebnymi zazwyczaj mniej, z milicjantymi w pieknych mundarach, i olbrzymich kapeluszach, o srednicy co najmiej 40 centymentrow, z dala ukazujacych wladze i jej przewage nad tluszcza, ktora wokol nich sie przemieszcza, w przewazajacej wiekszosci do metra, aby nim juz rozjechac sie po miescie, do celow swojej podrozy.

Pierwsza jazda metrem, pierwsze zderzenie dla zachodniego jakby nie patrzac przeciez oka, acz w socjalizmie wychowanego, z zastepem raczej niepotrzebnych, niewytlumaczalnie istotnych pracownikow metra – kobiet pilnujach bramek wejscia do metra, kobiet pilnujacych jazde pasazerow po glebokich, szybkich schodach metrach, siedzacych cale dnie w budkach wielkosci telefonicznych, o szerokosci i dlugosci bodajze metra – ale za to poslugujacych sie dziarsko megafonem, gdy ktorys z tluszczy na dwuminutowej jezdzie schodami zechcialby na nich przysiasc – co jest zakazane. Dworce przepelnione ludzmi, jest Moskwa bowiem miastem olbrzymim, dawno swoja wielkoscia przewyzszajacym inne europejskie metropolie, mowi sie, ze mieszka tu okolo 12 milionow ludzi – nie liczac przebywajacych czasowo, bez rejestracji, bez prawa do pracy, ktorych trzeba by dodac milionow z pewnoscia kilka. Co dziwne, ale widoczne – nie ma smieci. Nie ma tez koszy na smieci, ani na stacjach metra, ani poza nimi – wydaje sie, ze metro jezdzi tak czesto, tak szybko przemieszczajac dziennie miliony nim podrozujacych, ze na jakikolwiek przystanek, chwile oddechu nie ma czasu – a jezdza pociagi, ktorych budowa i wzornictwo nie zmaineily sie od bodajze 30 lat, co minute, najpozniej co trzy, za kazdym razem przewozac komplet pasazerow.

Klient Wasz Pan?

Michał Mirski, opublikowane w dziale Przemyślenia, 03.05.2007

Umawiam się na piątek – spedycja ma mi przywieźć, za niemałe pieniądze, zakupiony w jakiejś firmie towar. Czekam do 14-tej – nie ma spedycji, nie ma towaru – dzwonię, otrzymuję informację, że “nie zmieściło nam się na ciężarówkę” – może będzie w poniedziałek.

Zlecam pracę geodecie – dla niego około 30 minut roboty, pieczątka (tak ważna w naszym zbiurokratyzowanym państwie) – i 1000zł zarobku. Dzwonię do czterech firm, trzech prywatnych geodetów – za daleko, 20km nie będę jeździł, nie opłaca się..

Kupuję sadzonki, koszt kilkanaście tysięcy złotych, proszę o umowę – “nie trzeba, niech Pan wpłaci 30%, będę przygotowany” – trudno, trzeba zaufać, jedyny w sumie, który je posiada. A więc przelew tego samego dnia, za cztery tygodnie odbiór – część jest, reszty nie ma – “a miały być? szef chyba zapomniał”…

Trzy epizody, które możnaby mnożyć – takie “załatwianie” interesów w Polsce jest zwyczajem. Dla mnie, przyzwyczajonego do profesjonalizmu, nie do przyjęcia – czemu tak musi być? Nieprzyjemnie, nieładnie, niedobrze… Czy ktoś pamięta, że Klient znaczy wiele? Czy nie musi, bo i tak innych Klientów znajdzie?

Jak to z domenami bywa..

Michał Mirski, opublikowane w dziale Wstęp, 01.02.2007

PERYSKOP od 1997 roku jest publikowany w internecie, własną domenę www.peryskop.de zakupiliśmy niedługo po tym (notabene w czasie, gdy w Polsce nikt nie myślał jeszcze o kupowaniu własnych domen .pl – ba, nie było to nawet możliwe – takie były realia i ustalenia NASK). Zmienialiśmy serwery, firmy hostujące, lecz wszystko zawsze odbywało się bez większych przeszkód.

Ale i nas nie ominęło spotkanie z tzw. “grabberami”, tj. handlarzami domen, którzy czyhają tylko na to, aby przejąć popularne domeny i sprzedać je drożej.

Przez pomyłkę natury technicznej strona PERYSKOPU została zlikwidowana – i musieliśmy ją odkupić (udało się!!) za niemałą kwotę.

Mam nadzieję, że w przyszłości nie będę musiał opisywać podobnych “niemiłych wydarzeń” – pozdrawiam Państwa serdecznie,

Michał Mirski

następna strona »